Banki nie lubią ryzyka. Gospodarka go potrzebuje.

Banki nie lubią ryzyka. Gospodarka go potrzebuje.

Model działania banków komercyjnych powstał w świecie, w którym możliwości gromadzenia kapitału, przekazywania informacji i organizowania dużej liczby inwestorów były nieporównywalnie mniejsze niż dzisiaj. Bankier należał do nielicznych ludzi zdolnych zebrać pieniądze wielu osób, ocenić szanse przedsięwzięcia i przekazać kapitał komuś, kto chciał go właściwie wykorzystać. Bank był jednym z najważniejszych wynalazków instytucjonalnych swojej epoki. Bardzo dawnej epoki.

Świat finansów, informacji i technologii zmienił się jednak nie do poznania, podczas gdy podstawowa konstrukcja banku komercyjnego pozostała zadziwiająco podobna. Nadal znaczną część gospodarki finansujemy za pośrednictwem instytucji, która otrzymuje niewielką część wartości powstałej dzięki udanemu przedsięwzięciu, a może ponieść znaczną stratę, kiedy przedsięwzięcie się nie powiedzie. Ta asymetria nie jest uboczną cechą działalności bankowej. W znacznej mierze określa jej charakter.

Wyobraźmy sobie przedsiębiorcę potrzebującego dziesięciu milionów złotych. Bank udziela mu kredytu oprocentowanego na kilka punktów procentowych powyżej własnego kosztu finansowania. Jeżeli przedsiębiorca odniesie umiarkowany sukces, bank otrzyma kapitał i odsetki. Jeżeli stworzy przedsiębiorstwo warte miliard złotych, bank również otrzyma kapitał i kilkuprocentowe odsetki. Jeżeli natomiast przedsięwzięcie zakończy się katastrofą, bank może stracić znaczną część pożyczonych pieniędzy. Oczywiście istnieją zabezpieczenia, gwarancje i możliwości dochodzenia należności, więc strata nie musi obejmować całego kredytu. Nie zmienia to jednak istoty transakcji, dochód wierzyciela jest ograniczony, podczas gdy potencjalna strata może wielokrotnie przekroczyć oczekiwaną marżę.

Bank finansujący przedsięwzięcia o niewielkim prawdopodobieństwie ogromnego sukcesu i dużym prawdopodobieństwie całkowitej porażki nie byłby zatem bankiem odważnym. Byłby bankiem źle zarządzanym. Nie ma bowiem większego znaczenia, że jedno z takich przedsięwzięć może zwiększyć swoją wartość stukrotnie. Bank nie uczestniczy w tym stukrotnym wzroście. Musi więc myśleć przede wszystkim o tym, co stanie się wtedy, gdy przedsiębiorca pieniędzy nie odda. W tym miejscu pojawia się zasadnicza sprzeczność pomiędzy naturą kredytu a naturą przedsiębiorczości.

Bank musi obawiać się straty

Przedsiębiorczość, a szczególnie kreatywna przedsiębiorczość, polega na działaniu w warunkach bardzo dużej niepewności. Przedsiębiorca angażuje zasoby dzisiaj, ponieważ sądzi, że konsumenci będą chcieli czegoś jutro. Może mieć rację, ale może się również mylić. Nie istnieje metoda pozwalająca wcześniej rozstrzygnąć, która nowa restauracja odniesie sukces, która technologia znajdzie nabywców, który lek okaże się przełomem, a który pomysł zostanie odrzucony przez rynek. Gdybyśmy potrafili to wiedzieć z góry, przedsiębiorczość nie musiałaby istnieć.

Dlatego gospodarka rynkowa potrzebuje porażek. Nie jako celu, lecz jako nieuniknionego kosztu odkrywania tego, czego wcześniej nie można było wiedzieć. Dziesięciu przedsiębiorców próbuje rozwiązać ten sam problem na dziesięć sposobów. Kilku ponosi porażkę, kilku buduje przyzwoite przedsiębiorstwa, a jeden odkrywa rozwiązanie wielokrotnie lepsze od wszystkiego, co istniało wcześniej. Nie można zachować procesu prowadzącego do ostatniego sukcesu i jednocześnie wyeliminować wszystkich wcześniejszych niepowodzeń. Jedne i drugie są częścią tego samego procesu.

Bank działa według zupełnie innej logiki. Kiedy przedsiębiorca przedstawia nowatorskie przedsięwzięcie, bankier pyta o zabezpieczenie. Łatwo dostrzec w tym pewną groteskę, człowiek przychodzi z pomysłem mającym zmienić świat, a bank chce wiedzieć, czy posiada nieruchomość. Bankier zachowuje się jednak racjonalnie. Nie jest właścicielem innowacyjnego pomysłu. Jeżeli pomysł zmieni świat, otrzyma tylko kapitał i niewielkie odsetki. Jeżeli okaże się błędny, może stracić pieniądze swoich klientów.

Dlatego bank znacznie bardziej interesuje się możliwością odzyskania kapitału w razie niepowodzenia niż rozmiarami ewentualnego sukcesu. Lubi nieruchomości, ponieważ można ustanowić na nich hipotekę. Lubi maszyny, zapasy, należności, kontrakty i przedsiębiorstwa posiadające wieloletnią historię wyników. Znacznie trudniej finansować mu pomysł, badania naukowe, nową technologię, własność intelektualną albo firmę, której najcenniejszym majątkiem jest wiedza kilkunastu ludzi. Nie wynika to z mentalności bankierów. Nawet najbardziej entuzjastycznie nastawiony do nowych technologii prezes banku nie zmieni podstawowej konstrukcji kredytu. Jeżeli wynagrodzenie banku za sukces jest ograniczone, musi on ograniczać prawdopodobieństwo dużej straty.

Bank może zatem posiadać znakomitą aplikację, wykorzystywać sztuczną inteligencję, chmurę obliczeniową i najbardziej wyrafinowane metody oceny ryzyka, pozostając instytucją stworzoną przede wszystkim do finansowania przedsięwzięć, których przyszłe wyniki można w rozsądnym stopniu oszacować.

Właściciel kapitału może myśleć inaczej

Kapitał właścicielski działa według odmiennej zasady. Inwestor nie pożycza przedsiębiorcy dziesięciu milionów w zamian za zwrot tej kwoty powiększonej o odsetki. Kupuje część przedsiębiorstwa. Jeżeli przedsięwzięcie upadnie, może stracić wszystko. Jeżeli jednak przedsiębiorstwo zwiększy wartość dziesięciokrotnie albo stukrotnie, inwestor uczestniczy w tym sukcesie.

Ta różnica całkowicie zmienia sposób oceny ryzyka. Fundusz może zainwestować po dziesięć milionów złotych w dziesięć przedsięwzięć. Sześć może zakończyć się całkowitą porażką, dwa jedynie zwrócić kapitał, jedno zwiększyć wartość pięciokrotnie, a ostatnie dwudziestokrotnie. Większość decyzji inwestycyjnych okazała się nietrafna, bank w takiej sytuacji miałby ogromny problem, a portfel prywatnego inwestora przyniósł znakomity wynik. Bank, w którym większość kredytów nie jest spłacana, przestaje istnieć. Fundusz inwestujący w bardzo ryzykowne przedsięwzięcia może natomiast ponosić całkowitą stratę wiele razy strat i mimo tego osiągnąć doskonały wynik. Nie dlatego, że zarządzający funduszem jest odważniejszy od bankiera, lecz dlatego, że zawarł inny rodzaj umowy.

Nie powinniśmy oczekiwać, że niemal każdy eksperyment gospodarczy zwróci zaangażowany kapitał. Znacznie rozsądniejsze jest tworzenie szerokich portfeli pozwalających ponosić wiele niewielkich i średnich strat w zamian za udział w nielicznych nadzwyczajnych sukcesach. Rynek nie wymaga od przedsiębiorców nieomylności. Potrzebuje natomiast sposobu na szybką walidację pomysłów, rozpoznawanie błędów i ograniczanie ich kosztu.

Klient banku nie uważa się za inwestora

Problem bankowości staje się jeszcze ciekawszy, kiedy spojrzymy na drugą stronę bilansu. Gdyby bank pożyczał własne pieniądze, podejmowane ryzyko miałoby prostszą konstrukcję. Akcjonariusze wiedzieliby, że powierzają kapitał przedsiębiorstwu finansującemu inne przedsięwzięcia, i ponosiliby wynik tych decyzji tak samo jak właściciele każdej innej firmy. Współczesny bank działa jednak inaczej. Znaczną część swoich aktywów finansuje pieniędzmi klientów, którzy nie uważają się za inwestorów. Człowiek wpłacający sto tysięcy złotych nie myśli o tym, że uczestniczy pośrednio w portfelu aktywów instytucji finansowej. Myśli po prostu - mam sto tysięcy złotych w banku.

Z prawnego i gospodarczego punktu widzenia bank ma wobec niego zobowiązanie. Te pieniądze nie leżą w sejfie. Bank wykorzystuje je do finansowania aktywów, których wartość nie jest pewna. Kredyt może nie zostać spłacony, akcje mogą stracić na wartości, a aktywa uznawane w spokojnych czasach za łatwe do sprzedaży może stracić płynność właśnie wtedy, gdy będzie ona najbardziej potrzebna. Klient oczekuje jednak czegoś zupełnie innego. Jego sto tysięcy złotych ma pozostać stoma tysiącami i być dostępne wtedy, gdy zechce z nich skorzystać.

Fundusz inwestycyjny nie składa podobnej obietnicy. Jeżeli kupuję jego jednostki za sto tysięcy złotych, ich wartość może spaść do dziewięćdziesięciu tysięcy albo wzrosnąć do stu dwudziestu tysięcy. Nie oznacza to, że system zawiódł. Kupiłem udział w aktywach i ponoszę ryzyko.

Skąd bierze się bankowa biurokracja

Wymogi kapitałowe i płynnościowe, nadzór, gwarancje depozytów, badanie odporności banków na kryzysy, klasyfikowanie aktywów i rozbudowana sprawozdawczość nie powstały wyłącznie z zamiłowania urzędników do regulacji. Są próbą rozwiązania rzeczywistego problemu, bank finansuje aktywa obarczone ryzykiem, a jednocześnie miliony ludzi oczekują, że powierzone mu pieniądze pozostaną bezpieczne i natychmiast dostępne.

Im bardziej społeczeństwo chce traktować środki na rachunku jak pieniądz, tym mniej może tolerować możliwość, że bank pewnego dnia oznajmi klientowi, iż część jego oszczędności zniknęła wskutek nietrafionych inwestycji. W funduszu inwestycyjnym byłby to po prostu wynik inwestycji. W banku podobne zdarzenie mogłoby wywołać kryzys zaufania, którego skutki szybko przeniosłyby się na inne instytucje.

Państwo stara się więc zmniejszyć prawdopodobieństwo takiego zdarzenia. Wymaga od banków odpowiedniego kapitału i płynności, ogranicza niektóre rodzaje ryzyka, nadzoruje działalność i gwarantuje część środków klientów. Powstaje jednak skutek uboczny. Im bardziej rozbudowane stają się wymagania, tym droższe jest utworzenie nowego banku. Rosną bariery wejścia, a istniejące instytucje zostają częściowo osłonięte przed konkurencją. Tworzy się mechanizm, który sam się wzmacnia. Wysoki koszt spełnienia tych wymagań ogranicza konkurencję. Im większe znaczenie zdobywają istniejące banki, tym trudniej pozwolić któremukolwiek z nich upaść, a tym samym tym większa staje się potrzeba ich nadzorowania.

Nie mamy więc do czynienia z rynkiem, na którym mechanizm zysku i straty działa w czystej postaci. Prywatne decyzje zostały tutaj splecione z publiczną potrzebą utrzymania stabilności pieniądza i systemu płatniczego. Tymczasem właśnie strata jest jednym z podstawowych sposobów, w jaki gospodarka rozpoznaje własne błędy.

Strata nie oznacza, że rynek zawiódł

Zysk informuje przedsiębiorcę, że nabywcy cenią rezultat jego działalności bardziej niż zasoby zużyte do jego stworzenia. Strata przekazuje informację przeciwną. Kapitał został wykorzystany w sposób, którego rynek nie wynagrodził dostatecznie wysoko. Nie musi to świadczyć o głupocie ani niekompetencji. Przyszłość była niepewna i przedsiębiorca dokonał błędnej oceny. Ta informacja jest niezbędna, ponieważ gospodarka pozbawiona strat nie byłaby gospodarką pozbawioną błędów. Byłaby gospodarką, w której błędy trudniej rozpoznać, zakończyć i zastąpić lepszym sposobem wykorzystania kapitału. Dlatego system finansowy skoncentrowany na niedopuszczaniu do strat ma naturalną skłonność do finansowania przedsięwzięć podobnych do tych, które już wcześniej się udały. Preferuje aktywa łatwe do wyceny, przedsiębiorstwa posiadające historię wyników, płynne zabezpieczenia i przedsięwzięcia mieszczące się w konserwatywnych kategoriach ryzyka. Tymczasem największe innowacje nie mogą posiadać długiej historii. Gdyby przedsiębiorstwo miało dwadzieścia lat danych potwierdzających stabilność przychodów, trudno byłoby nazywać je przedsięwzięciem nowatorskim. Tymczasem współczesna gospodarka w coraz większym stopniu opiera się na wiedzy, oprogramowaniu, badaniach, własności intelektualnej i innych składnikach majątku, których nie można sprzedać tak łatwo jak nieruchomości czy maszyny. Bank dobrze rozumie aktywo, które w razie niepowodzenia można przejąć i sprzedać. Znacznie trudniej wycenić mu takie, którego wartość zależy od tego, czy przedsiębiorca trafnie przewidział przyszłe potrzeby klientów.

Kredyt pozostaje znakomitym narzędziem

Nie wynika z tego, że finansowanie bankowe jest złe i powinno zostać w pełni zastąpione kapitałem właścicielskim. Kredyt jest znakomitym instrumentem wtedy, gdy odpowiada naturze finansowanego przedsięwzięcia.

Jeżeli istniejąca fabryka potrzebuje nowej maszyny, której wydajność można stosunkowo dobrze oszacować, kredyt może być znacznie rozsądniejszy od sprzedaży części przedsiębiorstwa. Podobnie właściciel dochodowego hotelu budujący kolejny obiekt nie musi oddawać inwestorowi znacznej części przyszłego wzrostu wartości tylko dlatego, że potrzebuje dodatkowego kapitału. Dług dobrze służy również finansowaniu zapasów, należności i innych potrzeb przedsiębiorstwa, których koszt i przyszłe przepływy można względnie dobrze przewidzieć.

Co więcej, ta sama asymetria, która skłania bank do ostrożności, może być niezwykle korzystna dla przedsiębiorcy. Jeżeli pożyczam dziesięć milionów złotych i dzięki nim tworzę sto milionów wartości, bank nie może zażądać połowy mojego przedsiębiorstwa. Otrzymuje kapitał i uzgodnione odsetki. Pozostała wartość należy do właściciela.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy dług staje się podstawowym sposobem finansowania przedsięwzięć obarczonych dużą niepewnością. Używamy wtedy niewłaściwego instrumentu.

Prawdziwa zmiana może dopiero nadejść

Dotychczas rozwój technologii finansowych koncentrował się przede wszystkim na usprawnianiu istniejących usług. Przelewy stały się prostsze, otwarcie rachunku szybsze, wymiana walut tańsza, karty płatnicze przeniosły się do telefonów, a ocena ryzyka została zautomatyzowana. Wszystko to jest użyteczne, lecz nie zmienia podstawowych zasad organizacji kapitału.

Znacznie poważniejszą zmianą byłoby obniżenie kosztu finansowania właścicielskiego. Historycznie sprzedaż udziałów była droga. Trzeba było znaleźć inwestorów, zawrzeć umowy, prowadzić rejestry, przekazywać informacje i organizować późniejszy obrót. Rynek publiczny rozwiązał część tych problemów, lecz wejście na giełdę pozostaje przedsięwzięciem zbyt kosztownym dla większości małych firm. Fundusze rozwiązują problem inaczej, tworząc jednak własne koszty. Technologia może je stopniowo zmniejszać. Elektroniczne potwierdzanie tożsamości ułatwia obsługę inwestorów, automatyzacja sprawozdawczości zmniejsza koszt przekazywania informacji, a nowoczesne systemy ewidencji własności pozwalają sprawniej prowadzić rejestry. Sztuczna inteligencja może natomiast analizować ilość danych, która dawniej wymagała pracy całych zespołów.

A więc prawdziwa zmiana w finansach nie będzie polegać na zbudowaniu banków bez oddziałów. Znacznie większe znaczenie miałoby stworzenie tańszych sposobów, dzięki którym oszczędności wielu ludzi mogłyby finansować przedsiębiorstwa bez konieczności zamiany całego ryzyka w kredyt znajdujący się w bilansie banku. Wyobraźmy sobie inwestora posiadającego sto tysięcy złotych. Część pieniędzy musi pozostawić w formie płynnej, ponieważ służą do opłacania bieżących wydatków i stanowią rezerwę na nieprzewidziane potrzeby. Nie ma powodu, aby ta część majątku ponosiła znaczne ryzyko. Inaczej wygląda sytuacja ze środkami, których właściciel nie będzie potrzebował przez wiele lat. Mogą one finansować szeroki portfel przedsiębiorstw, nieruchomości, infrastruktury, energetyki i nowych przedsięwzięć. Jedne inwestycje przyniosą straty, inne zyski. Właściciel kapitału uczestniczy w obu wynikach.

Ryzyko nie znika, ponieważ w rzeczywistym świecie nie może zniknąć. System finansowy może je rozdzielić, wycenić albo przenieść na inną osobę, ale nie może usunąć niepewności dotyczącej przyszłości. Przejrzysty system powinien zatem pozwalać właścicielowi kapitału świadomie uczestniczyć w ryzyku, zamiast stwarzać wrażenie, że ryzykowne przedsięwzięcia można zawsze przekształcić w całkowicie bezpieczne zobowiązania.

Banki przetrwały nie bez powodu

Nie wolno jednak pominąć problemu, który bankowość rozwiązuje od stuleci. Ludzie nie chcą przechowywać całego majątku w aktywach o zmiennej wartości. Potrzebują pieniędzy dostępnych natychmiast. Muszą wiedzieć, że kwota przeznaczona na czynsz, żywność czy wynagrodzenia nie straci jutro znacznej części wartości. Bank próbuje połączyć dwie odmienne potrzeby. Ludzie chcą posiadać płynne i względnie bezpieczne środki, podczas gdy gospodarka potrzebuje długoterminowego kapitału inwestowanego w przedsięwzięcia, których powodzenia nie można zagwarantować. Tutaj chodzi o rzeczywisty problem, a nie o przestarzałą technologię. Możemy jednak rozróżniać pieniądze potrzebne do codziennych płatności od kapitału przeznaczonego na wieloletnie inwestycje. Pierwsza część majątku powinna być płynna, stabilna i łatwo dostępna. Druga może finansować produkcję, technologie i przedsiębiorstwa, a jej właściciel świadomie przyjmować ryzyko w zamian za udział w przyszłym zysku.

Przez pierwsze dekady XXI wieku wiele uwagi poświęcano pytaniu, czy bank przyszłości będzie cyfrowy. Dziś odpowiedź jest oczywista. Znacznie ciekawsze pytanie dotyczy tego, czy bank przyszłości będzie wykonywał wszystkie funkcje, które wykonuje obecnie. Płatności będą w coraz większym stopniu stawać się odrębną infrastrukturą, a przechowywanie aktywów będzie czymś zupełnie innym od finansowania ryzykownych przedsięwzięć. Kredyt pozostanie użyteczny tam, gdzie jego konstrukcja odpowiada naturze przedsięwzięcia, przy finansowaniu przewidywalnych przepływów, nieruchomości, kapitału obrotowego, maszyn i dojrzałych przedsiębiorstw. Najbardziej niepewna część gospodarki może natomiast w większym stopniu korzystać z kapitału właścicielskiego. Zresztą tak jest już w tej chwili, ale znaczenie nabiorą rozwiązania technologiczne ułatwiające ograniczanie kosztów pośrednictwa na rynkach finansowych.

Dla innowacyjnej gospodarki jest to różnica zasadnicza. Nie wiemy, kto zbuduje następne wielkie przedsiębiorstwo. Nie wiemy, która technologia zwycięży, jaki produkt wybiorą konsumenci ani które dzisiejsze pomysły za dwadzieścia lat będą wydawały się oczywiste. Żaden urzędnik, bankier, ekonomista ani algorytm nie posiada tej wiedzy. Możemy jedynie pozwolić wielu ludziom próbować, angażować kapitał i ponosić następstwa własnych decyzji.

Bank był znakomitym rozwiązaniem problemów świata, w którym zebranie kapitału od tysięcy ludzi było niezwykle trudne, informacja droga, prowadzenie rejestrów kosztowne, a stworzenie płynnego rynku dla niewielkich udziałów w wielu przedsiębiorstwach praktycznie niemożliwe. Nie ma jednak powodu zakładać, że kapitał XXI wieku musi być organizowany dokładnie według zasad powstałych w średniowieczu. Jeżeli technologia pozwala taniej łączyć właścicieli oszczędności z przedsiębiorcami, tworzyć szerokie portfele, dzielić własność aktywów pomiędzy wielu inwestorów i niemal bez kosztu przekazywać informacje, warto zadać pytanie ambitniejsze niż to, czy przyszły bank będzie miał lepszą aplikację. Warto zapytać, jak wiele funkcji dzisiejszego banku rzeczywiście powinno pozostać w banku.

Być może przyszłość finansów nie należy wyłącznie do instytucji, która dzięki coraz doskonalszym metodom oceny ryzyka będzie jeszcze skuteczniej unikała strat. Równie ważne mogą okazać się takie sposoby gromadzenia i inwestowania kapitału, które pozwolą ponosić straty tam, gdzie są one nieuniknioną ceną poszukiwania nowych rozwiązań. Kapitalizm nie potrzebuje bowiem gospodarki wolnej od porażek. Potrzebuje gospodarki, w której błędne decyzje można rozpoznać, zakończyć i zastąpić lepszymi, a kapitał uwolniony z nieudanych przedsięwzięć może szukać nowych zastosowań. Strata nie jest przeciwieństwem przedsiębiorczości. Jest ceną, którą płacimy za możliwość odkrycia tego, czego wcześniej nie mogliśmy wiedzieć.