Jak zarobić na rewolucji dronów

Jak zarobić na rewolucji dronów

Kiedy mówimy o dronach, wyobraźnia podsuwa nam zwykle niewielką maszynę z czterema wirnikami. Jeszcze niedawno kojarzyła się przede wszystkim z fotografią i filmowaniem, dzisiaj znacznie częściej z wojną. Oba skojarzenia są prawdziwe, ale mogą prowadzić inwestora w niewłaściwym kierunku. Koncentrują bowiem uwagę na urządzeniu, podczas gdy znacznie ważniejsza zmiana zachodzi w sposobie wykorzystania maszyn.

Dron nie jest interesujący dlatego, że lata. Samoloty robią to od ponad stu lat. Jego istotną cechą jest możliwość przemieszczania kamery, sensora, narzędzia, lekarstwa, paczki, ładunku wojskowego, a w przyszłości być może również człowieka, bez konieczności umieszczania na pokładzie osoby prowadzącej maszynę. Jeżeli dodamy do tego rosnącą autonomię, otrzymujemy coś znacznie ważniejszego niż nową kategorię statku powietrznego. Otrzymujemy kolejną próbę oddzielenia pracy wykonywanej przez maszynę od człowieka, który dotychczas musiał jej bezpośrednio towarzyszyć.

Dlatego rynek dronów może być jednocześnie znacznie większy i znacznie trudniejszy do zdefiniowania, niż sugerują raporty podające wartość sprzedaży bezzałogowych statków powietrznych. Sam dron jest tylko fragmentem powstającego systemu. Potrzebuje silników, baterii, półprzewodników, kamer, radarów, systemów pozycjonowania, łączności, komputerów pokładowych i oprogramowania. Jeżeli ma działać autonomicznie, potrzebuje również algorytmów rozpoznających otoczenie i podejmujących decyzje. Jeżeli tysiące takich maszyn mają jednocześnie korzystać z przestrzeni powietrznej, potrzebna jest jeszcze cyfrowa infrastruktura zarządzająca ich ruchem.

Z punktu widzenia inwestora powstaje więc problem podobny do tego, który znamy z innych wielkich zmian technologicznych. Nie wystarczy przewidzieć, że liczba dronów wzrośnie. Trzeba ustalić, kto przejmie wartość powstałą dzięki temu wzrostowi.

Dron szuka pracy

Najbardziej rozsądnym sposobem myślenia o tej technologii jest rozpoczęcie nie od maszyny, lecz od zadania. Rolnik chce sprawdzić stan upraw albo opryskać pole. Operator sieci energetycznej musi skontrolować setki kilometrów przewodów. Straż pożarna chce zobaczyć, co dzieje się za ścianą dymu. Firma budowlana potrzebuje aktualnego modelu placu budowy. Wojsko chce obserwować pozycję przeciwnika. Szpital musi szybko przewieźć próbkę laboratoryjną. Sprzedawca internetowy chce dostarczyć klientowi niewielką paczkę. W każdym z tych przypadków dron konkuruje nie tyle z innym dronem, ile z dotychczasowym sposobem wykonania określonego zadania.

To rozróżnienie ma zasadnicze znaczenie. Technologia nie staje się wartościowa dlatego, że jest zaawansowana. Staje się wartościowa wtedy, kiedy pozwala człowiekowi osiągnąć cel przy mniejszym wykorzystaniu rzadkich zasobów albo osiągnąć cel, którego wcześniej nie dało się osiągnąć.

Dron wykonujący inspekcję linii wysokiego napięcia konkuruje więc z samochodem, helikopterem, podnośnikiem i pracownikiem. Dron rolniczy konkuruje z ciągnikiem, samolotem rolniczym i ludzką pracą. Dron dostawczy konkuruje z samochodem dostawczym, kurierem, rowerem i paczkomatem. Bezzałogowy samolot wojskowy konkuruje z załogową platformą, ale również z pociskiem, satelitą i innymi sposobami wykonania tej samej misji.

Dlatego najlepszym miernikiem postępu nie jest liczba wyprodukowanych dronów. Jest nim koszt wykonania użytecznego zadania. Ile kosztuje skontrolowanie kilometra linii energetycznej? Ile kosztuje opryskanie hektara? Ile kosztuje godzina obserwacji? Ile kosztuje dostarczenie dwukilogramowej paczki na dziesięć kilometrów? Ile kosztuje znalezienie człowieka w lesie? Ile kosztuje przeniesienie kilograma ładunku o jeden kilometr? Dopiero takie pytania pozwalają odróżnić rewolucję gospodarczą od pokazu technologicznego.

Nowoczesny transport

Najbardziej interesującym cywilnym zastosowaniem dronów może okazać się transport. Nie dlatego, że wszystko powinno latać, ale dlatego, że współczesny system transportowy wykorzystuje niekiedy zadziwiająco dużo zasobów do przemieszczania bardzo małych przedmiotów.

Dwutonowy samochód może przejechać kilka kilometrów, aby dostarczyć dwukilogramową paczkę. Wraz z paczką poruszamy pojazd, człowieka, paliwo lub ciężką baterię. Potrzebujemy drogi, miejsca do zatrzymania i całego systemu infrastruktury, którego koszt został poniesiony wcześniej. Przy dużych ładunkach jest to racjonalne. Przy bardzo małych przesyłkach sytuacja staje się mniej oczywista.

Dron oferuje inną kombinację zasobów. Nie potrzebuje kierowcy ani drogi prowadzącej od nadawcy do odbiorcy. Potrzebuje natomiast energii, przestrzeni powietrznej, systemu sterowania i miejsca startu oraz lądowania. Ma ograniczony zasięg i ładowność, jest zależny od pogody, powoduje hałas i musi działać w otoczeniu, w którym błąd może mieć poważne konsekwencje.

Nie wiemy jeszcze, gdzie dokładnie przebiegnie granica pomiędzy ekonomiczną przewagą transportu naziemnego i powietrznego. Rynek będzie ją dopiero odkrywał.

Pierwsze systemy już działają. Amazon Prime Air informuje o setkach tysięcy wykonanych dostaw i planuje do końca 2026 roku objąć usługą prawie 500 amerykańskich miast i miejscowości. MK30 może dostarczać przesyłki w promieniu 7,5 mili, a proponowane centra mają być zdolne do wykonywania nawet tysiąca lotów dziennie. FAA zatwierdziła już takie plany dla szeregu lokalizacji.

To nadal eksperyment w porównaniu ze skalą transportu drogowego. Ale jest to już eksperyment, którego wynik można mierzyć ceną, czasem dostawy, niezawodnością i gotowością klientów do korzystania z usługi. Technologia opuszcza laboratorium i zaczyna podlegać znacznie surowszemu egzaminowi: musi znaleźć klienta.

Nie chodzi o zastąpienie ciężarówki

Nowe technologie bardzo często analizujemy poprzez pytanie, czy zastąpią technologie istniejące. Jest to zwykle zbyt prymitywne podejście. Samochód nie zlikwidował kolei, samolot nie zlikwidował statku, a internet nie zlikwidował sklepów. Zmienił się natomiast podział pracy pomiędzy poszczególnymi środkami transportu i komunikacji.

Podobnie będzie prawdopodobnie z dronami. Nie ma szczególnego sensu zużywać ogromnej ilości energii, aby unosić w powietrzu dwadzieścia ton towaru, jeżeli można przewieźć go koleją lub ciężarówką. Grawitacja wystawia rachunek niezależnie od tego, jak bardzo podoba nam się nowa technologia. Transport powietrzny będzie więc musiał uzasadnić dodatkowy koszt energii oszczędnością czasu, pracy, infrastruktury albo możliwością dotarcia do miejsca, do którego trudno dotrzeć inaczej.

Można sobie jednak wyobrazić, że powstanie nowy sposób transportu przeznaczony dla stosunkowo lekkich i często wartościowych przesyłek. Lekarstwo, część zamienna zatrzymująca pracę maszyny, próbka laboratoryjna czy pilnie potrzebny produkt mają inną ekonomię niż tona cementu. Wartość czasu może być w ich przypadku znacznie większa od wartości energii potrzebnej do lotu. Właśnie dlatego przyszłego rynku nie należy mierzyć liczbą samochodów, które drony zastąpią. Znacznie ciekawsze jest pytanie, które przepływy towarów zostaną przeniesione z dróg w powietrze, ponieważ będzie to po prostu tańsze lub szybsze.

Najważniejszy może być człowiek, którego nie trzeba zatrudnić

Jeszcze większa zmiana pojawia się wtedy, gdy przestajemy traktować drona jako zdalnie sterowany model. Jeżeli jeden człowiek obsługuje jedną maszynę, oszczędność pracy pozostaje ograniczona. Pilot znajduje się wprawdzie na ziemi, ale nadal jest potrzebny. Jeżeli jednak operator może nadzorować dziesięć maszyn, koszt jego pracy przypadający na jeden lot spada dziesięciokrotnie. Jeżeli może nadzorować sto, ekonomika zmienia się ponownie. Ostatecznym etapem jest system, w którym człowiek nie prowadzi poszczególnych urządzeń, lecz sprawuje nadzór nad flotą reagując jedynie na sytuacje wyjątkowe.

To właśnie autonomia, a nie brak fotela w kabinie, może okazać się najważniejszą cechą drona. Jeżeli maszyna potrafi sama wystartować, wybrać trasę, wykryć przeszkodę, ominąć inny statek powietrzny, rozpoznać miejsce dostawy, wylądować i wrócić do bazy, praca człowieka zostaje przesunięta o jeden poziom wyżej. Nie steruje już silnikami i powierzchniami aerodynamicznymi. Zarządza systemem.

Amazon podaje, że jego MK30 jest projektowany tak, aby latać i lądować bez ingerencji monitora lotu, a pokładowy system Detect-and-Avoid sam wykrywa potencjalne konflikty i wykonuje manewry unikowe.

W zastosowaniach wojskowych ta sama zasada nabiera jeszcze większego znaczenia. Łączność można zakłócić. Operator może nie być w stanie przesłać każdej komendy. Maszyna musi więc coraz lepiej rozumieć otoczenie i wykonywać zadanie mimo utraty części informacji. W tym miejscu historia dronów zaczyna się łączyć z historią sztucznej inteligencji.

Kto będzie Microsoftem wśród dronów?

Pytanie brzmi prowokacyjnie, ale problem jest poważny. Jeżeli za dwadzieścia lat na świecie będą działały dziesiątki milionów autonomicznych maszyn latających, ktoś będzie musiał dostarczać oprogramowanie pozwalające nimi zarządzać. Ktoś będzie tworzył systemy autonomii. Ktoś będzie analizował dane. Ktoś będzie zapewniał cyberbezpieczeństwo. Ktoś będzie aktualizował mapy i informacje o przestrzeni powietrznej.

Pojedynczy dron może z czasem stać się produktem coraz łatwiejszym do wytworzenia. System pozwalający bezpiecznie koordynować miliony takich urządzeń może natomiast stać się infrastrukturą. Europa już tworzy regulacyjne podstawy takiego środowiska poprzez U-space. W wyznaczonej przestrzeni operatorzy muszą korzystać między innymi z usług identyfikacji sieciowej, informacji geograficznej, autoryzacji lotu i informacji o ruchu. Celem jest umożliwienie bezpiecznego współistnienia lotnictwa załogowego i bezzałogowego.

Amerykańska FAA rozwija podobną koncepcję UAS Traffic Management. Nie chodzi o to, aby tradycyjny kontroler ruchu lotniczego prowadził przez radio każdy niewielki dron. Przy odpowiedniej skali byłoby to niemożliwe. Zarządzanie ruchem musi zostać w dużej mierze zautomatyzowane. Przyszłe drony będą potrzebowały dróg, których nie będzie widać.

Wojna przyspiesza eksperymenty

Zastosowania wojskowe wymagają osobnego spojrzenia, ponieważ w tej dziedzinie dron nie jest już zapowiedzią przyszłości. Stał się jednym z podstawowych narzędzi współczesnego pola walki. Najciekawsza nie jest jednak sama liczba maszyn. Wojna jest brutalnym procesem eksperymentowania. Rozwiązanie, które działa dzisiaj, jutro może zostać zakłócone. Przeciwnik obserwuje, uczy się i odpowiada. Konstrukcje są modyfikowane, zmieniają się częstotliwości komunikacji, sensory, algorytmy, ładunki i sposoby użycia.

Powoduje to zmianę charakteru produktu. Tradycyjny system uzbrojenia mógł być rozwijany przez kilkanaście lat, a później pozostawać w służbie przez następne trzydzieści. W świecie tanich bezzałogowych systemów cykl innowacji może być znacznie krótszy. Przewaga może należeć nie do przedsiębiorstwa posiadającego idealny produkt, lecz do tego, które potrafi najszybciej dostosowywać produkt do nowych warunków.

To przesuwa część wartości z konstrukcji mechanicznej do elektroniki i oprogramowania. Dobrym przykładem tego kierunku jest AeroVironment. Po przejęciu BlueHalo przedsiębiorstwo opisuje już swoją działalność nie tylko jako produkcję bezzałogowych statków powietrznych. Segment Autonomous Systems obejmuje systemy powietrzne, morskie i lądowe, a AV_Halo ma być niezależnym od konkretnego hardware'u środowiskiem command-and-control wykorzystującym AI do integracji rozpoznania, obserwacji i zarządzania misjami. To znamienna zmiana języka. Producent dronów zaczyna myśleć o sobie jako o producencie autonomicznych systemów.

Jeden dron jest urządzeniem. Tysiąc dronów jest systemem

Jeszcze większa zmiana nastąpi wtedy, gdy maszyny nauczą się współpracować. Jeżeli każda wymaga osobnego operatora, koszt systemu rośnie mniej więcej razem z liczbą urządzeń. Jeżeli natomiast maszyny potrafią dzielić zadania, przekazywać sobie informacje, reagować na utratę innych jednostek i samodzielnie dostosowywać zachowanie, zależność ta zostaje zerwana.

Dotyczy to nie tylko wojska. Wyobraźmy sobie przedsiębiorstwo energetyczne posiadające dziesięć tysięcy kilometrów sieci. Zamiast wysyłać pracowników do kolejnych odcinków, może uruchamiać autonomiczne inspekcje, a człowiek otrzymuje jedynie informację o wykrytych anomaliach. Podobnie może działać ogromne gospodarstwo rolne, kopalnia, port, linia kolejowa albo plac budowy.

W takim świecie jednostką produkcyjną nie jest pojedynczy dron. Jest nią flota autonomicznych maszyn wykonujących określony proces. To rozróżnienie może okazać się kluczowe dla inwestora. Producent sprzedający urządzenie zarabia raz. Dostawca systemu zarządzającego flotą może pobierać opłatę przez cały okres jej działania. Jeżeli oprogramowanie działa na urządzeniach różnych producentów, jego rynek może być jeszcze większy.

Czy samolot przyszłości będzie dronem?

W tym miejscu warto wykonać jeszcze jeden krok. Dzisiaj słowo dron określa maszynę bez pilota na pokładzie, natomiast samolot w potocznym rozumieniu wciąż zakłada obecność załogi. Z technologicznego punktu widzenia granica ta może z czasem stawać się coraz mniej istotna.

Współczesne samoloty pasażerskie już wykonują znaczną część lotu przy wykorzystaniu automatyki. Człowiek pozostaje niezbędnym elementem systemu przede wszystkim ze względu na bezpieczeństwo, zdolność reagowania na sytuacje wyjątkowe, odpowiedzialność oraz regulacje. To bardzo poważne powody i dlatego nie należy pochopnie przewidywać zniknięcia pilotów.

Ale ekonomiczny kierunek zmian jest interesujący. Najpierw człowiek wykonywał niemal wszystkie czynności. Później automatyzacja przejmowała kolejne zadania. Można wyobrazić sobie etap, w którym jeden pilot nadal znajduje się w kabinie, lecz system wykonuje jeszcze większą część pracy. Następnie niektóre operacje cargo mogłyby zostać wykonywane bez załogi. Jeszcze później człowiek mógłby nadzorować z ziemi kilka statków powietrznych, podobnie jak operator przyszłej floty dronów.

Nie wiemy, czy transport pasażerski dojdzie do końca tej drogi. Być może pasażerowie, regulatorzy i ubezpieczyciele przez bardzo długi czas będą wymagali człowieka w kokpicie. Ale dla inwestora ważniejszy jest sam kierunek. Być może dron nie jest trwałą kategorią produktu. Być może jest etapem autonomizacji lotnictwa. Jeżeli przyjmiemy tak szeroką perspektywę, granice rynku zaczynają się rozpływać.

Autonomiczny samochód jest maszyną wykonującą podobną funkcję na ziemi. Bezzałogowy statek wykonuje ją na morzu. Robot magazynowy wykonuje ją w hali. Autonomiczny samolot cargo wykonywałby ją w powietrzu. W każdym przypadku problem jest podobny, człowiek określa zadanie, natomiast maszyna coraz większą część procesu obserwacji otoczenia, przemieszczania się i podejmowania bieżących decyzji wykonuje samodzielnie.

Dlatego wielki rynek przyszłości może wcale nie nazywać się rynkiem dronów. Może być rynkiem autonomicznych maszyn działających w świecie fizycznym. Drony są jedynie jednym z pierwszych miejsc, w których tę zmianę obserwujemy wyjątkowo wyraźnie.

Jak kupić tę przyszłość na giełdzie?

Dla inwestora zaczyna się teraz najtrudniejsza część. Najbardziej oczywistym rozwiązaniem byłoby kupienie akcji producentów dronów. Ale właśnie od takich oczywistych odpowiedzi warto zachować dystans.

Największy światowy producent cywilnych dronów, DJI, pozostaje przedsiębiorstwem prywatnym. Na giełdzie można natomiast znaleźć spółki znacznie bardziej bezpośrednio związane z autonomicznymi systemami wojskowymi, takie jak AeroVironment czy Kratos Defense, a także wiele wielkich koncernów obronnych rozwijających własne bezzałogowe platformy.

Ale to dopiero pierwsza warstwa. Druga obejmuje przedsiębiorstwa produkujące sensory, kamery, półprzewodniki, systemy pozycjonowania i elektronikę. Trzecia to firmy rozwijające oprogramowanie, sztuczną inteligencję, analizę danych i zarządzanie misjami. Czwarta obejmuje łączność i cyfrową infrastrukturę ruchu. Piąta może powstać wokół ładowania, serwisu, lądowisk i infrastruktury potrzebnej ogromnym flotom.

Jest wreszcie warstwa szósta, o której inwestorzy technologiczni często zapominają: przedsiębiorstwa, które nie sprzedają nowej technologii, lecz dzięki niej obniżają własne koszty. To może być najciekawsza grupa ze wszystkich.

Największy beneficjent może nie wyprodukować ani jednego drona

Wyobraźmy sobie przedsiębiorstwo energetyczne, które dzięki autonomicznym inspekcjom obniża koszt utrzymania sieci. Firma nie musi sprzedawać ani jednego drona. Wartość pojawia się w jej rachunku wyników.

Podobnie operator logistyczny może zmniejszyć koszt dostawy. Gospodarstwo może ograniczyć ilość chemikaliów dzięki precyzyjnemu opryskowi. Kopalnia może zmniejszyć koszt monitorowania terenu. Ubezpieczyciel może szybciej oceniać szkody. Firma budowlana może wcześniej wykrywać błędy.

Największa wartość ekonomiczna technologii bardzo często pojawia się poza przedsiębiorstwem, które ją produkuje. Producent sprzedaje maszynę za określoną cenę. Jeżeli na rynku istnieje wielu producentów, konkurencja ogranicza jego marżę. Klient kupuje maszynę właśnie dlatego, że oczekuje, iż zaoszczędzi dzięki niej więcej, niż zapłacił. W ten sposób część wartości zostaje przekazana użytkownikowi. Dlatego pytanie, kto produkuje drony, jest dla inwestora zdecydowanie za wąskie. Powinniśmy pytać, kto dzięki dronom będzie mógł zrobić coś znacznie taniej niż dotychczas?

Cena autonomii

Jest jednak jeden warunek, bez którego większość tej wizji pozostanie tylko techniczną możliwością. Dron musi otrzymać swobodę działania. Jeżeli każde urządzenie wymaga człowieka stojącego w pobliżu i utrzymującego je w zasięgu wzroku, ekonomiczna przewaga automatyzacji jest niewielka. Prawdziwa zmiana zaczyna się przy operacjach BVLOS - poza zasięgiem wzroku operatora, a jeszcze większa wtedy, gdy jeden człowiek może nadzorować wiele autonomicznych maszyn.

Dlatego regulacja jest tutaj czymś więcej niż prawnym dodatkiem. Określa produktywność całego systemu. Podobnie bezpieczeństwo. Dron działający nad pustym polem i autonomiczny pojazd przewożący ludzi nad centrum miasta nie są tym samym problemem. Im większa potencjalna szkoda, tym więcej redundancji, certyfikacji, kontroli i odpowiedzialności trzeba wbudować w system.

To może sprawić, że niektóre zastosowania pojawią się niezwykle szybko, a inne będą dojrzewały przez dziesięciolecia. Rynek będzie dokonywał selekcji nie według tego, co jest najbardziej futurystyczne, lecz według tego, gdzie relacja pomiędzy korzyścią i kosztem jest najbardziej przekonująca.

Nie szukajmy najładniejszego drona

Jeżeli chcemy zarobić na tej zmianie, powinniśmy więc oprzeć się pokusie szukania najbardziej efektownej maszyny. Interesuje nas koszt wykonania zadania. Interesuje nas liczba ludzi potrzebnych do obsługi floty. Interesuje nas zużycie energii, niezawodność, czas pracy, koszt serwisu i wykorzystanie urządzenia. Interesuje nas to, czy klient po pierwszym eksperymencie zamawia następnych sto maszyn.

Jeszcze bardziej interesuje nas to, gdzie jest element systemu, którego trudno się pozbyć. Może nim być wyjątkowo dobry sensor. Może być układ obliczeniowy. Może być system nawigacji działający bez GPS. Może być oprogramowanie pozwalające jednemu człowiekowi nadzorować setki urządzeń. Może być infrastruktura zarządzająca ruchem. Może być sieć lądowisk. Może być przedsiębiorstwo posiadające dane potrzebne autonomicznej maszynie do zrozumienia otoczenia.

A być może przewaga nie znajdzie się w żadnym z tych miejsc na długo. Konkurencja będzie obniżała ceny, kolejne elementy staną się towarem, a znaczna część wartości zostanie przekazana konsumentom. Z punktu widzenia gospodarki byłby to sukces. Z punktu widzenia akcjonariusza producenta dronów niekoniecznie.

Jakie dokładnie są korzyści ekonomiczne?

Jak duża jest oszczędność? Ile z niej zachowuje klient, a ile producent? Jak łatwo konkurent może zaoferować podobne rozwiązanie? Czy sprzedaż urządzenia jest jednorazowa, czy powstają powtarzalne przychody z software'u i serwisu? Ile kapitału trzeba zaangażować, aby zwiększyć produkcję? Czy wzrost wymaga budowy fabryk, czy wystarczy skopiowanie oprogramowania? Jak szybko spada koszt jednostkowy? Jak trwała jest przewaga?

Dopiero później należy zapytać o cenę akcji. Można bowiem całkowicie poprawnie przewidzieć, że liczba dronów wzrośnie dziesięciokrotnie i jednocześnie stracić pieniądze na akcjach producenta dronów. Wystarczy, że konkurencja obniży marże, albo że cena akcji już dzisiaj zakłada dwudziestokrotny wzrost rynku. Nie kupujemy przyszłości. Kupujemy przyszłe przepływy pieniężne po dzisiejszej cenie.

Dron jest tylko początkiem

Najciekawszy scenariusz nie polega więc na tym, że za dwadzieścia lat niebo będzie pełne małych quadcopterów dostarczających pizzerię. Być może tak będzie, a być może społeczeństwa uznają tysiące hałaśliwych urządzeń nad miastami za cenę, której nie chcą płacić. Technologia nie rozstrzyga sama, czego ludzie będą chcieli.

Znacznie ważniejsza zmiana zachodzi głębiej. Przez większą część historii maszyna transportowa wymagała człowieka podróżującego razem z nią. Woźnica siedział na wozie, maszynista w lokomotywie, kierowca w samochodzie, kapitan na statku, pilot w samolocie. Człowiek i środek transportu stanowili jeden zespół produkcyjny.

Dron zmienia tę rzeczywistość. Najpierw człowiek przenosi się z kabiny na ziemię. Następnie jeden człowiek zaczyna nadzorować kilka maszyn. Później reaguje już tylko na sytuacje kryzysowe. Wreszcie maszyny zaczynają współpracować między sobą, podczas gdy człowiek określa cel i kontroluje rezultat.

Jeżeli ten proces będzie postępował, nie powstanie po prostu większy rynek dronów. Zmieni się ekonomika przemieszczania rzeczy w świecie fizycznym. I właśnie dlatego najważniejsza inwestycja w tę rewolucję może dziś wyglądać zupełnie inaczej, niż się spodziewamy.