Czy jeden człowiek będzie mógł zarządzać tysiącem dronów?

Czy jeden człowiek będzie mógł zarządzać tysiącem dronów?

Postęp w technice dronowej najłatwiej mierzyć możliwościami samych maszyn. Dron może być tańszy, latać dłużej, przenosić większy ciężar, mieć lepszą kamerę i skuteczniej radzić sobie z niekorzystną pogodą. Wszystkie te parametry są ważne, lecz największa zmiana gospodarcza może dokonać się gdzie indziej. Dron przyszłości nie musi kosztować o połowę mniej, aby koszt wykonanej przez niego pracy radykalnie spadł. Wystarczy, że będzie potrzebował znacznie mniej czasu człowieka.

Dzisiaj operator najczęściej zajmuje się jedną maszyną albo niewielką ich liczbą. Jeżeli wraz z każdym kolejnym dronem trzeba zatrudnić kolejnego człowieka, możliwości zwiększania skali pozostają ograniczone. Zupełnie inna gospodarka powstaje wtedy, gdy jeden człowiek może nadzorować dziesięć, sto, a kiedyś być może tysiąc urządzeń. W takim świecie wzrost produktywności nie wynika przede wszystkim z obniżenia ceny maszyny. Bierze się z tego, że ta sama ilość ludzkiej pracy uruchamia wielokrotnie większą ilość kapitału.

Nie jesteśmy jeszcze na tym etapie, ale pierwsze oznaki zmiany są już widoczne. Amerykańska armia prowadzi doświadczenia z obsługą kilku dronów przez jednego operatora i traktuje zwiększanie tej liczby jako jeden z warunków szerszego wykorzystania maszyn autonomicznych. Podobne rozwiązania pojawiają się w zastosowaniach cywilnych. Nie dowodzi to, że jeden człowiek będzie wkrótce nadzorował tysiąc urządzeń. Pokazuje natomiast, że związek między liczbą maszyn a liczbą potrzebnych ludzi zaczyna się rozluźniać. To właśnie może okazać się najważniejszym przełomem w gospodarce dronowej.

Najdroższy jest zawsze człowiek

Wyobraźmy sobie dwa drony kosztujące po dwadzieścia tysięcy euro. Pierwszy wymaga obecności operatora przez całą godzinę wykonywania zadania. Drugi samodzielnie startuje, wybiera trasę, omija przeszkody, wykonuje inspekcję i wraca do bazy. Człowiek jest mu potrzebny przeciętnie przez trzy minuty, gdy pojawia się sytuacja, której maszyna nie potrafi rozstrzygnąć. Cena urządzenia się nie zmieniła, lecz jego ekonomika zmieniła się zasadniczo. Pierwszy dron zużywa godzinę ludzkiej pracy na każdą godzinę własnej pracy. Drugi potrzebuje jej zaledwie przez kilka minut. Jeżeli pozostałe koszty są podobne, wzrost produktywności nie nastąpił dzięki tańszej maszynie, lecz dzięki uwolnieniu czasu człowieka.

Człowiek przestaje być pilotem

Jeżeli jeden operator ma nadzorować dziesięć dronów, nie może ręcznie prowadzić każdego z nich. Jego rola musi się zmienić. Człowiek określa zadanie, natomiast maszyna wybiera trasę, reaguje na przeszkody, kontroluje stan baterii i decyduje, jak postąpić w zwykłych sytuacjach. Jeżeli planowane miejsce lądowania jest zajęte, dron nie powinien natychmiast pytać człowieka, co robić. Powinien najpierw sam poszukać bezpiecznego rozwiązania. Dopiero problem wykraczający poza jego możliwości powinien zostać przekazany operatorowi.

Człowiek przestaje wówczas być pilotem w tradycyjnym znaczeniu. Zajmuje się przypadkami, których maszyna nie potrafi rozstrzygnąć. Im rzadziej takie przypadki występują i im mniej czasu potrzeba na ich rozwiązanie, tym więcej urządzeń może przypadać na jednego pracownika.

W tym właśnie miejscu sztuczna inteligencja spotyka się z robotyką. Jej znaczenie nie polega jedynie na tym, że pozwala rozpoznać przedmiot na obrazie albo wyznaczyć trasę. Każda nowa funkcjonalność ma wartość gospodarczą wtedy, gdy usuwa kolejną przyczynę, dla której maszyna musiała dotychczas zwracać się do człowieka. Samodzielne ominięcie przeszkody oszczędza jedną interwencję mniej. Zmiana trasy - następną. Rozpoznanie usterki, wybór innego miejsca lądowania, przekazanie zadania sprawnej maszynie czy bezpieczny powrót po utracie łączności eliminują kolejne. Rozwój autonomii można więc mierzyć liczbą problemów, które maszyna potrafi rozwiązać bez angażowania człowieka.

Od pojedynczej maszyny do floty

Przy dziesięciu urządzeniach człowiek może jeszcze zachować pewną wiedzę o każdym z nich. Przy stu staje się to niemożliwe. Nie może obserwować stu obrazów z kamer ani śledzić każdego manewru. System zarządzania musi pokazywać mu przede wszystkim odstępstwa od prawidłowego przebiegu pracy.

Operator nie potrzebuje informacji, że dron numer 47 właśnie zmienił kierunek lotu. Powinien wiedzieć, że większość zadań przebiega prawidłowo, kilka trudności maszyny rozwiązały samodzielnie, a jeden przypadek wymaga jego decyzji. Człowiek otrzymuje nie całą rzeczywistość, lecz tylko tę jej część, której system nie potrafił bezpiecznie uporządkować. Wraz z tą zmianą przestajemy myśleć o pojedynczym dronie, a zaczynamy o flocie wykonującej określoną pracę. Przedsiębiorstwo energetyczne nie musi już kupować stu urządzeń po to, aby stu operatorów sprawdzało sto odcinków sieci. Może kupić zdolność do skontrolowania określonej liczby kilometrów infrastruktury w ciągu doby. To system rozdziela zadania, wybiera maszyny, planuje trasy, organizuje ładowanie i zastępuje urządzenie, które uległo awarii.

Jeszcze dalej znajduje się współpraca samych maszyn. Jeden dron może wykryć przeszkodę i przekazać informację pozostałym. Zadanie uszkodzonego urządzenia może automatycznie przejąć inne. Grupa może podzielić obszar poszukiwania i zmienić sposób działania, gdy zmienią się warunki. Im więcej problemów maszyny rozwiązują między sobą, tym mniej spraw musi trafiać do człowieka.

Dopiero wtedy można poważnie mówić o setkach czy tysiącach urządzeń przypadających na niewielki zespół ludzi. Nie oznacza to jednak człowieka siedzącego przed tysiącem obrazów z kamer. Przy takiej skali nie będzie on kierował maszynami. Będzie określał zadanie.

Droższy dron może być tańszy

Taka zmiana prowadzi do pozornie sprzecznego wniosku, droższy dron autonomiczny może być w użyciu tańszy od prostszej maszyny wymagającej stałej obecności operatora.

Załóżmy dla uproszczenia, że godzina pracy człowieka kosztuje przedsiębiorstwo pięćdziesiąt euro, a zadanie trwa godzinę. Jeżeli każdy dron potrzebuje własnego operatora, koszt pracy wynosi pięćdziesiąt euro na zadanie. Gdy jeden człowiek może skutecznie nadzorować dziesięć urządzeń, koszt ten spada do pięciu euro na maszynę. Przy stu urządzeniach różnica staje się jeszcze większa. Rzeczywistość będzie oczywiście bardziej złożona. Potrzebni pozostaną serwisanci, specjaliści odpowiedzialni za bezpieczeństwo, pracownicy zajmujący się najtrudniejszymi przypadkami i ludzie odpowiedzialni za zgodność działalności z prawem. Wzrosną koszty łączności, oprogramowania, ładowania i zaplecza technicznego. Nie zmienia to jednak zasadniczego mechanizmu, produktywność może wzrosnąć wielokrotnie, nawet jeśli cena samego urządzenia prawie się nie zmieni.

Ma to również znaczenie dla popytu na drony. Jeżeli każda dodatkowa maszyna wymaga dodatkowego człowieka, przedsiębiorstwo szybko napotyka ograniczenie wynikające z kosztu i dostępności pracy. Jeżeli natomiast niewielki zespół może nadzorować setki urządzeń, granica przesuwa się gdzie indziej. Zakup kolejnych maszyn staje się opłacalny w znacznie większej liczbie zastosowań. Cena zakupu urządzenia jest bowiem tylko częścią kosztu jego wykorzystania. Równie ważne jest to, ile pracy, energii, obsługi technicznej i ludzkiej uwagi trzeba mu zapewnić, aby rzeczywiście wykonywało użyteczne zadania.

Nie tylko pole walki

Wojsko jest dzisiaj jednym z najważniejszych miejsc doświadczeń z autonomią, ponieważ problem liczby operatorów pojawia się tam szczególnie wyraźnie. Masowa produkcja tanich dronów ma ograniczoną wartość, jeżeli każda maszyna wymaga wyszkolonego człowieka, stałej łączności i indywidualnego prowadzenia. Z tego powodu coraz większe znaczenie mają rozwiązania pozwalające jednemu operatorowi nadzorować wiele urządzeń.

Ten sam rachunek może jednak przynieść jeszcze większe skutki w gospodarce cywilnej. Przedsiębiorstwo energetyczne posiadające tysiące kilometrów linii nie potrzebuje drona dla samego latania. Potrzebuje informacji o stanie swojej infrastruktury. Początkowo dron zastępuje samochód, człowieka albo śmigłowiec, lecz nadal wymaga operatora. Później sam startuje, wykonuje zaplanowaną trasę i wraca do stacji. Następnie system analizuje zebrane obrazy, dzięki czemu człowiek nie musi oglądać godzin nagrań. Ostatecznym produktem przestaje być lot drona. Staje się nim informacja, że na konkretnym odcinku sieci wykryto prawdopodobne uszkodzenie i należy wysłać ekipę techniczną.

Podobny proces może nastąpić w rolnictwie, górnictwie, budownictwie, ochronie, logistyce, ratownictwie i gospodarce leśnej. Największe korzyści pojawią się zapewne tam, gdzie maszyna wykonuje powtarzalne czynności na dużym obszarze, a człowiek jest potrzebny przede wszystkim do obserwowania sytuacji i reagowania na odstępstwa od normy. Autonomia nie usuwa całkowicie ludzkiej pracy. Zmienia jej miejsce. To, co powtarzalne, przechodzi do maszyny; to, co nietypowe, pozostaje przy człowieku.

Granice autonomii

Nie należy jednak zakładać, że im więcej urządzeń przypada na jednego człowieka, tym zawsze lepiej. Wielka liczba maszyn zależnych od wspólnego systemu tworzy również nowe rodzaje ryzyka. Błąd oprogramowania, wadliwa aktualizacja, atak na system informatyczny albo błędna decyzja programu mogą zostać powielone w całej flocie.

Istnieje również granica ludzkiej uwagi. Jeżeli sto urządzeń jednocześnie napotka sytuacje wymagające decyzji człowieka, teoretyczna możliwość nadzorowania tysiąca maszyn przestaje mieć znaczenie. Dlatego przyszłe systemy będą zapewne budowane warstwowo. Proste problemy rozwiąże pojedyncze urządzenie, trudniejsze, grupa współpracujących maszyn, jeszcze trudniejsze, nadrzędny system, a do człowieka trafią tylko przypadki, których nie udało się rozstrzygnąć wcześniej. Ta zdolność może okazać się jednym z najcenniejszych elementów przyszłej robotyki. Ktoś będzie musiał przydzielać zadania tysiącom urządzeń, kontrolować ich stan, gospodarować energią, organizować serwis i rozstrzygać, które zdarzenia rzeczywiście wymagają uwagi człowieka.

Gdzie powinien patrzeć inwestor?

Dla inwestora jest to ważniejsza kwestia niż poszukiwanie producenta drona o najlepszych parametrach. Najcenniejszym przedsiębiorstwem w branży nie musi zostać producent najtańszej maszyny. Może nim być firma, której rozwiązania pozwolą stu urządzeniom wykonywać pracę przy udziale jednego człowieka.

Jeżeli technologia pozwala przedsiębiorstwu wykonać tę samą pracę przy znacznie mniejszym nakładzie ludzkiego czasu, powstaje konkretna wartość. Część pozostaje u klienta w postaci niższych kosztów, część może zostać przejęta przez dostawcę technologii w postaci ceny jego produktu. Im większa oszczędność i im trudniejsze do zastąpienia rozwiązanie, tym silniejsza może być pozycja jego dostawcy.

Szczególnie interesujące będą przedsiębiorstwa, których przychody rosną wraz z liczbą autonomicznych urządzeń, lecz które nie muszą same finansować ich produkcji. Jeżeli ich technologia umożliwia klientowi zwiększenie floty ze stu do tysiąca maszyn, mogą uczestniczyć w korzyściach wynikających z tej ekspansji bez ponoszenia całego kosztu budowy sprzętu. Nie wiemy jeszcze, kto zajmie taką pozycję. Znacznie ważniejsze jest jednak ustalenie, czego należy szukać. Zamiast pytać, która firma pokazuje najbardziej widowiskowe loty autonomicznych maszyn, warto zapytać, czy jej rozwiązanie pozwala jednemu człowiekowi skutecznie nadzorować coraz większą ilość pracującego kapitału.

Autonomiczne maszyny mogą przenieść do świata fizycznego proces, który obserwujemy już w pracy wykonywanej przy komputerze. Jeden programista może tworzyć więcej oprogramowania, jeden analityk przetwarzać większą ilość informacji, a niewielkie przedsiębiorstwo wykonywać zadania, które jeszcze niedawno wymagały liczniejszego zespołu. Drony i roboty mogą sprawić, że podobny wzrost wydajności obejmie pracę wykonywaną w świecie fizycznym.

Można wyobrazić sobie przedsiębiorstwo inspekcyjne zatrudniające kilka osób i posiadające setki autonomicznych urządzeń, gospodarstwo, w którym niewielki zespół nadzoruje wielką liczbę maszyn, albo firmę chroniącą infrastrukturę rozciągniętą na tysiącach kilometrów przy pomocy autonomicznych patroli. Nie trzeba zakładać zniknięcia ludzkiej pracy. Wystarczy, że liczba pracowników przestanie rosnąć proporcjonalnie do liczby pracujących maszyn.

Nie znika również przedsiębiorca. Ktoś nadal musi zdecydować, jakie urządzenia kupić, jaki problem rozwiązać, komu zaoferować usługę, jaką ustalić cenę, jakie ryzyko podjąć i gdzie skierować ograniczony kapitał. I właśnie w tym miejscu znajduje się gospodarcza istota autonomii. Jej najważniejszym skutkiem nie będzie lot bez pilota, lecz uwolnienie ludzkiego czasu. Jeżeli tysiąc godzin użytecznej pracy maszyn będzie wymagało kiedyś kilku godzin ludzkiej uwagi, zmieni się nie tylko branża dronowa. Zmieni się sposób, w jaki praca i kapitał łączą się w znacznej części gospodarki.