Kto zarobi na rewolucji robotów?
Roboty od dawna pracują w fabrykach, magazynach i szpitalach. Nowością nie jest więc sama automatyzacja, lecz możliwość połączenia maszyny działającej w świecie fizycznym z coraz bardziej wszechstronną sztuczną inteligencją.
Jeżeli roboty nauczą się nowych czynności równie łatwo, jak dzisiejsze modele radzą sobie z nowymi zadaniami związanymi z informacją, zakres pracy możliwej do zautomatyzowania znacznie się rozszerzy. Dla inwestora przewidzenie tego procesu jest jednak dopiero początkiem. Trzeba jeszcze ustalić, kto będzie potrafił na nim zarobić.
Robotyka wyjątkowo łatwo prowadzi do inwestycyjnych nieporozumień. Największe zainteresowanie budzą humanoidy, które chodzą, biegają, tańczą i wykonują coraz bardziej skomplikowane czynności. Z gospodarczego punktu widzenia znacznie ważniejsza może być jednak maszyna, której nikt nie filmuje, robot przez piętnaście lat wykonujący w fabryce tę samą monotonną pracę, ograniczający koszty, zwiększający produkcję i zastępujący człowieka tam, gdzie jego zatrudnienie byłoby drogie, niebezpieczne albo po prostu niemożliwe.
Technika odpowiada na pytanie, co maszyna potrafi zrobić. Przedsiębiorca musi ustalić, czy warto powierzyć jej określone zadanie. Inwestor powinien pójść jeszcze dalej i zapytać, czy przedsiębiorstwo dostarczające tę maszynę potrafi zachować dla siebie dostatecznie dużą część stworzonej wartości. Są to trzy różne sprawy, a ich pomieszanie jest jednym z najprostszych sposobów utraty pieniędzy podczas wielkiej przemiany technologicznej.
Robotyka istnieje od dawna
Łatwo odnieść wrażenie, że właśnie rozpoczyna się epoka robotów. Tymczasem w 2024 roku na świecie zainstalowano około 542 tysięcy nowych robotów przemysłowych, a liczba maszyn pracujących w fabrykach zbliżyła się do 4,7 miliona. Roboty spawają, malują, pakują, przenoszą części i obsługują maszyny, wykonując każdego dnia ogromną liczbę czynności niewidocznych dla przeciętnego konsumenta.
Określenie „robotyka” obejmuje przy tym urządzenia tak różne, że traktowanie ich jako jednego rynku niewiele wyjaśnia. Robot chirurgiczny nie konkuruje z autonomicznym ciągnikiem, a urządzenie przewożące towary w magazynie nie musi posiadać rąk, nóg ani rozumieć otoczenia tak dobrze jak maszyna poruszająca się po mieszkaniu.
Obecna zmiana nie polega zatem na wynalezieniu robota, lecz na próbie usunięcia jednego z najważniejszych ograniczeń dotychczasowej robotyki. Tradycyjna maszyna przemysłowa potrafi wykonywać określoną czynność z niezwykłą szybkością i dokładnością, ale często wymaga specjalnie przygotowanego stanowiska, dokładnego zaprogramowania i długiego wdrożenia. Człowiek jest mniej precyzyjny, lecz znacznie bardziej wszechstronny. Można pokazać mu nowe zadanie i oczekiwać, że poradzi sobie również wtedy, gdy karton stoi nieco dalej, opakowanie się zmieniło albo ktoś pozostawił przedmiot w niewłaściwym miejscu. Jeżeli sztuczna inteligencja pozwoli robotom choć częściowo uzyskać podobną zdolność przystosowania się do zmiennych warunków, gospodarcze skutki mogą być ogromne. Prawdziwym przełomem nie musi być robot przypominający człowieka, lecz maszyna, której można tanio i szybko powierzać kolejne zadania.
Liczy się nie robot, lecz jego praca
Humanoidalna budowa ma swoje uzasadnienie. Ogromna część świata została dostosowana do ludzkiego ciała, schody, drzwi, klamki, narzędzia, półki i stanowiska pracy. Maszyna o podobnych wymiarach może korzystać z istniejącego otoczenia bez konieczności jego przebudowy. Nie oznacza to jednak, że człekokształtny robot jest najlepszym rozwiązaniem każdego problemu. Koła bywają lepsze od nóg, cztery ramiona mogą być użyteczniejsze od dwóch, a maszyna pracująca przy taśmie produkcyjnej nie potrzebuje twarzy. Znacznie ważniejsza od kształtu może okazać się możliwość szybkiego przystosowania urządzenia do nowych obowiązków.
Ma to bezpośrednie znaczenie ekonomiczne. Tradycyjny system automatyzacji łatwo uzasadnić, jeżeli przez pięć lat ma wykonać miliony jednakowych operacji. Znacznie trudniej ponieść koszt jego zaprojektowania i wdrożenia dla zadania wykonywanego rzadko albo często się zmieniającego. Jeżeli nowego robota będzie można nauczyć pracy w ciągu dwóch dni zamiast dwóch miesięcy, granica opłacalnej automatyzacji przesunie się bardzo daleko.
Dlatego niewiele mówi sama cena urządzenia. Robot kosztujący 20 tysięcy dolarów może być bardzo drogi, jeżeli często stoi, psuje się i wymaga nieustannej obsługi. Maszyna kosztująca 100 tysięcy może być tania, jeżeli przez wiele lat pracuje dwadzieścia godzin na dobę i zastępuje kilka zmian pracowników. Do rachunku trzeba włączyć finansowanie, energię, serwis, oprogramowanie, wdrożenie, części zamienne, przestoje oraz czas ludzi potrzebny do nadzorowania urządzenia. Po drugiej stronie znajdują się oszczędności pracy, wzrost produkcji, możliwość działania przez całą dobę, mniejsza liczba błędów i poprawa bezpieczeństwa. Dopiero porównanie tych wielkości mówi, czy robot rzeczywiście jest tani. Najważniejszym miernikiem nie będzie więc cena maszyny, lecz koszt użytecznie wykonanej pracy.
Tania maszyna to za mało
Dla producenta pojawia się jednak następny problem. Nawet jeżeli popyt na roboty będzie szybko rósł, nie oznacza to jeszcze wysokiej rentowności ich produkcji. Chiny dobrze pokazują znaczenie skali przemysłowej. W 2024 roku przypadała na nie ponad połowa nowych instalacji robotów przemysłowych na świecie, a miejscowi producenci zdobyli większość własnego rynku. Ich przewaga nie musi polegać na skonstruowaniu najbardziej zaawansowanego robota. Wystarczy, że będą potrafili wytwarzać ogromną liczbę maszyn dostatecznie dobrych i znacznie tańszych od konkurencji.
Robot składa się z półprzewodników, kamer, czujników, silników, przekładni, baterii, elektroniki i elementów mechanicznych. Bliskość rozwiniętego zaplecza przemysłowego pozwala szybciej zmieniać konstrukcję, taniej kupować podzespoły i łatwiej zwiększać produkcję. W tej branży przewaga może więc powstawać w fabryce równie często jak w laboratorium. Sama niska cena nadal jednak nie wystarczy. W zastosowaniach przemysłowych równie ważna jest niezawodność. Robot wykonujący zadanie prawidłowo w 95 procentach przypadków może imponować podczas pokazu, ale przy tysiącu operacji dziennie oznacza pięćdziesiąt problemów. Nawet 99 procent może być wynikiem niedopuszczalnym, jeżeli pojedynczy błąd zatrzymuje kosztowną linię produkcyjną.
Producent mniej widowiskowej maszyny może więc stworzyć lepsze przedsiębiorstwo, jeżeli jego urządzenia po prostu pracują przez tysiące godzin bez awarii. Klient przemysłowy kupuje nie tylko możliwości techniczne, lecz również przewidywalność. Chce wiedzieć, że urządzenie będzie działało, części zamienne będą dostępne, a w razie problemu technik przyjedzie szybko. Właśnie dlatego serwis, doświadczenie i istniejąca baza klientów mogą być równie ważne jak sama sztuczna inteligencja.
Co się stanie, gdy robot stanie się zwyczajnym produktem?
Wyobraźmy sobie, że za dziesięć lat kilkunastu producentów oferuje maszyny o podobnych możliwościach. Korzystają z porównywalnych podzespołów i modeli sztucznej inteligencji, wykonują te same zadania, a klient może łatwo zestawić ich ceny. Dla gospodarki byłaby to znakomita wiadomość. Konkurencja obniżałaby koszt automatyzacji, dzięki czemu roboty trafiałyby do coraz mniejszych przedsiębiorstw. Dla akcjonariuszy producentów sytuacja mogłaby być znacznie mniej korzystna.
Szybki wzrost rynku nie gwarantuje bowiem wysokich marż. Jeżeli produkt staje się łatwy do zastąpienia, konkurencja powoduje, że znaczna część wartości zaczyna trafiać do konsumentów. Roboty mogą zmienić gospodarkę równie głęboko jak samochody czy transport lotniczy, a mimo to wielu ich producentów może osiągać przeciętne wyniki. Wartość przesunie się wówczas tam, gdzie pozostanie coś trudniejszego do skopiowania, szczególny podzespół, oprogramowanie, sieć serwisowa, doświadczenie, dostęp do klienta albo wyjątkowo tani sposób produkcji. Może jednak przesunąć się jeszcze dalej, do przedsiębiorstwa kupującego robota.
Gdzie pozostaną zyski?
Robotyka może znajdować się u progu bardzo szybkiego rozwoju. Lepsze czujniki, tańsze obliczenia, rozwój sztucznej inteligencji i nowe sposoby uczenia maszyn mogą sprawić, że coraz większą liczbę czynności będzie opłacało się powierzać robotom. Inwestor może jednak prawidłowo przewidzieć tę przemianę i mimo to stracić pieniądze. Wystarczy, że wybierze część rynku, w której silna konkurencja obniży marże, urządzenia będą szybko traciły wartość, a każda złotówka dodatkowej sprzedaży będzie wymagała kolejnej dużej inwestycji.
Dlatego nie wystarczy znaleźć przedsiębiorstwo produkujące dobrego robota. Trzeba znaleźć przedsiębiorstwo posiadające coś, czego konkurenci nie mogą łatwo kupić ani odtworzyć, trwałą przewagę kosztową, niezawodność potwierdzoną milionami godzin pracy, łatwość wdrożenia, rzeczywiście cenne doświadczenie zgromadzone przez wielką flotę, rozległą sieć serwisową albo relacje z klientami budowane przez dziesięciolecia.
A być może najwięcej wartości pozostanie poza branżą. Jeżeli maszyny staną się tanie, niezawodne i powszechnie dostępne, ich producenci mogą zaciekle konkurować o marżę, podczas gdy użytkownicy będą korzystali z coraz tańszej pracy. Historia gospodarcza zna wiele technologii, które stworzyły znacznie większe bogactwo dla swoich użytkowników niż dla przedsiębiorstw, które je wytwarzały. Robotyka nie musi być wyjątkiem.
Komentarze ()